odwiedź i dołącz do nas

  • Facebook
  • Twitter
  • Blip
  • YouTube

Własność intelektualna w nowej gospodarce

dlahandlu.pl - 11-06-2012
Fot. PTWP
W czasie sesji Własność intelektualna w nowej gospodarce w czasie Europejskiego Kongresu Gospodarczego 2012 próbowano odpowiedzieć na pytanie, czy prawa własności intelektualnej są skrojone na potrzeby współczesnej rzeczywistości, w tym powszechnej dostępności treści przez Internet. W drugiej części debaty skupiono się na ochronie prawno-autorskiej w Internecie, i kwestiach otwartego dostępu do treści.
Rozpoczynając debatę Krystyna Szczepanowska-Kozłowska, moderator z kancelarii DLA Piper, powiedziała, że o własności intelektualnej mówiło się ostatnio dużo, niekoniecznie dobrze w kontekście ACTA. Otworzyło nam to nowe obszary dyskusji. Dotychczas mówiło się o własności intelektualnej jako motorze rozwoju. Nagle podczas dyskusji o ACTA zaczęło się mówić, że te prawa ograniczają wolność i rozwój. Bierze się to z rozwoju nowych sposobów komunikowania, najogólniej mówiąc powszechnej dostępności treści w Internecie. Trzeba zatem zadać pytanie, czy ochrona własności intelektualnej jest nam nadal potrzebna, a może powinna zostać ograniczona, bo dzisiejszy świat zmienił się w porównaniu z czasami, gdy prawo własności intelektualnej zostało stworzone.



Odpowiadając na tak postawione zagadnienie prof. Jan Błeszyński z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego powiedział, że pomiędzy rzeczywistością a ochroną prawną jest zawsze pewien rozdźwięk.



- Obserwujemy ogromną rewolucję technologiczną przez pojawienie się cyfrowej możliwości eksploatacji twórczości. Dostęp do wiedzy jest niesłychanie łatwy. Dlatego potrzebne jest znalezienie stanu równowagi pomiędzy potrzebami społecznymi, w tym użytkowników Internetu oraz potrzebami producentów, którzy muszą brać pod uwagę racjonalną kalkulację biznesową i zarobek. Trzeba pamiętać, że producenci muszą ponieść ogromne nakłady na tworzenie nowych utworów i produktów. Twórca wynalazku, czy utworu żyje dzięki producentowi, dystrybutorowi. I odwrotnie. W sferze własności intelektualnej ryzyko biznesowe jest znacznie wyższe niż w innych dziedzinach. Twórczość jest bardziej niepewna, mniej przewidywalna , a zatem bardziej ryzykowana jako podstawa decyzji biznesowych. Dlatego trzeba znaleźć kompromis między potrzebami producentów a społeczeństwa, pamiętając, że jeżeli producenci nie będą inwestować w twórczość zatrzyma się cała gospodarka. Niszcząc ochronę własności intelektualnej zniszczylibyśmy perspektywy działalności gospodarczej. Trzeba pamiętać, że nawet najlepszy utwór nie przebije się dzisiaj, jeśli nie ma reklamy, i informacji o nim, a najlepsze rozwiązanie nie znajdzie zastosowania, jeżeli nie znajdzie się inwestor, który uwierzy w pomysł i przeznaczy na niego środki. Powstaje oczywiście pytanie, czy ochrona autorska jest dopasowana do potrzeb teraźniejszości. Bo jest 5-6 razy dłuższa niż np. ochrona patentowa - zakończył swoją wypowiedź prof. Błeszyński.



Alicja Adamczak, prezes Urzędu Patentowego RP, powiedziała, że w jej opinii system patentowy jest optymalny, bo zachowuje balans pomiędzy prawami twórcy i użytkowników i zaspakaja interes publiczny różnych grup społecznych.



- Jako społeczeństwo oczekujemy, ze codziennie na rynku pojawią się nowe leki, leczące choroby, na które zapadamy. Z kolei producenci oczekują, że zapotrzebowanie na lek będzie duże i zwrócą się nakłady poniesione na jego wymyślenie, badania, rejestrację, wytworzenie i wprowadzanie do obrotu. Przykłady możemy mnożyć: komunikacja, rozwiązania energetyczne, telefonia komórkowa. Podświadomie oczekujemy nowości w każdej z tych dziedzin życia, które pozwolą nam na korzystanie z wszystkich dóbr materialnych lepiej i wygodniej. Ale to oznacza potrzebę zwrotu nakładów dla podmiotów, które zainwestowały w innowacyjny pomysł, który się przyjął.

Prezes Adamczak przypomniała, że na patenty ochrona udzielana jest na 20 lat, zaś na wzory użytkowe na 10 lat i rozpoczyna się w dacie zgłoszenia do Urzędu Patentowego. Właściciel ma prawo skrócić czas ochrony i nie opłacać składek, jeżeli nie jest tym zainteresowany. Może także sprzedać swoje prawo, albo udzielić na nie licencji komuś innemu.



Krystyna Szczepanowska-Kozłowska stwierdziła, że z tego wynika, że można się zgodzić na silną ochronę własności intelektualnej w przypadku inicjatywy prywatnej. Ale przecież część pieniędzy pochodzi z naszych podatków i ma finansować innowacyjne rozwiązania na uczelniach wyższych. Pozostaje zatem dylemat w jaki sposób ta wiedza powinna być dostępna dla społeczeństwa.



Odpowiadając na to pytanie profesor Krzysztof Klincewicz z wydziału zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego zwrócił uwagę, że dużo mówi się o tym, ze uczelnie powinny bliżej współpracować z biznesem, tworząc nowatorskie rozwiązania. Jednocześnie mało wspomina się o tym, że tak nie jest. Do wspólnych projektów nauki i biznesu, wspólnego tworzenia publikacji dochodzi bardzo rzadko, są to znikome ilości - przyznał prof. Klincewicz.



Na przestrzeni ostatnich 10 lat na Uniwersytecie Warszawskim napisano 10 tys. publikacji z czego tylko 190 było napisanych z biznesem. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w tym czasie wydano 12 tys. publikacji i tylko 90 publikacji powstało wspólnie z biznesem. Nie trzeba tłumaczyć, że jest to daleko w tyle za standardami zachodnimi. Przy czym jak zaznaczył prof. Klincewicz problem leży częściowo w mentalności naukowców, którzy skupiają się na tym, by badania były przełomowo innowacyjne, doniosłe naukowo, a zatem cytowane, oraz prowadzone wspólnie z biznesem. Jednak te trzy cele nie są postrzegane jako cele zbieżne. Naukowcy uważają, ze tworzenie rozwiązań praktycznych jest zbyt przyziemne, nie jest doniosłe naukowo i w sumie nie przystoi naukowcowi. Aby przełamać takie myślenie od dwóch lat na Uniwersytecie Warszawskim prowadzone są studia dla chemików, fizyków, czy biologów związane z zagadnieniami ochrony intelektualnej, możliwości i wartości patentowania wyników swojej pracy. To duża zmiana, ale ona da efekt dopiero za 5-10 lat - podsumował prof. Klincewicz.



Zdaniem Krzysztofa Guldy, dyrektora departamentu strategii w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, skala komercjalizacji pomysłów i zgłoszonych na uczelni patentów jest ciągle żenująco niska. W jego opinii jest to proces, który zajmie lata, by współpraca biznesu i nauki zaczęła przynosić efekty. Można stosować różne formy nacisku na uczelnie, aby procesy te przebiegały sprawniej. Do takich zaliczył komitety ewaluacji jednostek badawczych.



- Obecnie ten system znacznie bardziej premiuje gospodarcze efekty badań, czyli licencjonowanie, wprowadzanie do obrotu, zaś premiowanie punktowe jest powiązane z finansowaniem jednostek badawczych - dodał.



Jak poinformował ministerstwo wprowadziło programy, które pozwalają przygotować studentów do zarządzania prawami własności intelektualnej. Podstawa programowa obejmuje podstawowy wymiar 15-30 godzin szkolenia z tego tematu. Rok temu w ramach reformy wprowadzono regulaminy zarządzania własności intelektualną, które część uczelni wprowadziła oddolnie. Ten temat staje się coraz bardziej popularny, dlatego wymogiem wobec wszystkich studentów na wszystkich kierunkach jest podstawa wiedzy z zakresu praw własności intelektualnej. Za 10 lat nie będzie nikogo, kto by mógł powiedzieć, że się z tym nie zetknął - dodał Gulda.



Jak zaznaczyła prezes Adamczak w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego w Polsce przeznacza się od 0,54 do 0,56 proc. PKB na badania i rozwój, z czego 0,34 proc. PKB pochodzi ze sfery prywatnej. To powoduje, że Polska jest na 26. pozycji w świecie na 200 państw pod względem zgłaszania nowych rozwiązań na patenty. Przeliczając to milion mieszkańców możemy powiedzieć, że nowych opatentowanych rozwiązań jest mało, ale biorąc pod uwagę ilość nakładów, musimy przyznać, że mamy pozycję porównywalną z Niemcami. Pytanie czy będziemy twórcami czy odtwórcami zależy od kształtu prawa, od tego co promuje, co nagradza – zakończyła.

Prezes Adamczak dodała, że Urząd Patentowy stara się wprowadzać tematykę własności intelektualnej już na etapie szkoły podstawowej, wydając komiksy o tej tematyce. – Studia to ostatni moment, żeby młody człowiek zetknął się z tym przedmiotem – dodała.



Senator Jan Rocki zgodził się z prezes Adamczak, że tę tematykę trzeba wprowadzać jak najwcześniej, najlepiej już od przedszkola. – W Polsce panuje kultura ściągania, to przecież nic innego niż łamanie praw autorskich. Wprowadzanie tego wątku na etapie szkoły wyższej to zbyt późno. Zresztą własność intelektualna na uczelniach często też nie jest szanowana, bo ciągle słyszymy o popełnionych plagiatach. Niestety musimy przyznać mamy kulturę ściągania, od szkoły podstawowej do uczelni wyższych, a potem absolwenci trafiają na rynek pracy, gdzie nie przestrzegają praw własności intelektualnej. Jednak zdaniem senatora ma się to szansę zmienić, bo od 2011 roku dyplomy będą sygnowane przez uczelnie, a nie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To spowoduje, że będą one musiały walczyć o swoją pozycję m.in. kontaktując się z biznesem, tworząc wspólne projekty, które podniosą ich wartość i wizerunek wśród absolwentów.



Otwarty dostęp kontra darmowy dostęp



Druga część debaty skupiła się na kontrowersjach wokół wykorzystania treści w systemie tzw. wolnego dostępu. Zdaniem prof. Błeszyńskiego należy przypomnieć, że idea otwartego dostępu była bardzo popularna w ZSRR i polegała na kopiowaniu wszystkiego. Co prawda używając sformułowań z zakresu prawa autorskiego mówimy o ochronie twórcy, ale w rzeczywistości jest to ochrona producenta, bo autor nie ma szans w dzisiejszym świecie przebić się na rynek, tylko dzięki swojemu talentowi. Dodatkowo twórczość starzeje się w zastraszającym tempie, a następne pokolenie zna tylko ułamek utworów, które przetrwały próbę czasu. W opinii prof. Błeszyńskiego free access oznacza, że co prawda autor nie osiąga korzyści, ale korzysta producent, dystrybutor itp. Wydaje się zatem, że równowaga, o której była mowa na początku, w tym wypadku zostaje zachwiana.



Krystyna Szczepanowska-Kozłowska zaznaczyła jednak, że ostatnie wystąpienia sprzeciwiające się ACTA pokazały, ze nie wszyscy akceptują obecny stan równowagi.



Odnosząc się do ACTA prof. Błeszyński powiedział, że słuchając sporu na temat ACTA miał wrażenie zbiorowej histerii, w której nikt nie czytał założeń regulacji i nie wie o czym mówi, ale stara się dojść do głosu. Trzeba jednak podkreślić, że ACTA na pewno doprowadziło do kompromitacji sposobu podejmowania decyzji na poziomie europejskim. Dlatego dzisiaj nie ma mowy o ratyfikacji ACTA, bo nikt nie odważy się tego jeszcze raz przedstawić do dyskusji, a zatem akt ten nie będzie miał mocy obowiązującej i pójdzie w zapomnienie. Oczywiście ACTA nie jest sprzeczne z prawem polskim, bo dotyczy sfery Internetu, która w każdym państwie wymaga dopiero regulacji.



- Tradycyjne prawo autorskie było pisane w czasach przedinternetowych, dlatego obecnie jest czas na stworzenie regulacji dotyczących Internetu. Nie może to jednak oznaczać, że póki co w Internecie można ściągać, obrażać, kopiować. To nie jest sfera wyjęta spod prawa - zakończył.



Igor Ostrowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji przyznał, że jeśli chodzi o ACTA rząd popełnił błąd , bo konsultacje były prowadzone wśród twórców, w ich organizacjach, a nie uwzględniono głosów użytkowników.



- Można powiedzieć, że ACTA przelała szklankę niezadowolenia społecznego. Internauci żyją cały czas w niepewności, związanej z tym do czego mają prawo, co jest dozwolonym użytkiem, a co go przekracza. Na tym tle się rodzą się patologie, takie jak powstawanie kancelarii, które wysyłają listy do użytkowników Internetu, wzywające ich do zapłaty za korzystanie i ściąganie określonych treści z Internetu. Teraz chodzi o wyjaśnienie tych nieporozumień. Dlatego prowadzimy w ministerstwie warsztaty, które mają dać postawę do raportu dla premiera, który jasno wyjaśni użytkownikom, co im wolno, a czego nie - powiedział minister.



Jednocześnie dodał, że rząd rozumie ciężar wyzwań związanych z tym zagadnieniem. - ACTA doprowadziła do polaryzacji my-oni, twórcy-użytkownicy. Dlatego trzeba dłuższego czasu na wypromowanie tej idei, i znalezienie właściwego balansu między potrzebami obu grup – powiedział Ostrowski. Jednocześnie odnosząc się do wypowiedzi prof. Błeszyńskiego zaznaczył, że bardzo krzywdzące jest porównywanie przez prof. Błeszyńskiego otwartego dostępu do komunizmu. - W stanach ideę otwartego dostępu wspierają George Bush, czy Bill Clinton, a trudno ich nazwać komunistami. Głównie dotyczy to prac naukowych, które finansowane są z pieniędzy publicznych. Właśnie dzięki otwartemu dostępowi do tych publikacji jako pacjent podjąłem właściwe leczenie, jedną z metod eksperymentalnych - dodał minister.



Przy czym zaznaczył, że trzeba wyraźnie powiedzieć, że otwarty dostęp to nie to samo, co darmowy dostęp (open access to nie free access) i dotyczy głównie praw autorskich, a nie patentów, czy wynalazków, które są zastrzeżone. Obecnie istnieją na świecie modele alternatywnego biznesu, które nie wywłaszczają twórców z ich praw. Dlatego wydaje się, ze nie powinniśmy blokować innowacyjnych rozwiązań, które pojawiają się na rynku. Raczej powinniśmy przyglądać się nowym rozwiązaniom, które co prawda czasami mogą uderzać w zasiedziały biznes, ale także mogą tworzyć pozytywny ferment. To nie znaczy, ze nie należy zwalczać kradzieży utworów, kopiowania plików w Internecie, itp. To oznacza jedynie, że tym twórcom, którzy chcą się dzielić swoją pracą z innymi, trzeba to umożliwić. Bez takich możliwości nie powstałaby np. Wikipedia - dodał Ostrowski.



Do tej wypowiedzi dołączył się prof. Kliliniewicz mówiąc, że USA trwają obecnie masowe protesty naukowców, sprzeciwiające się nierównościom na linii wydawca-autor. - Na rynku są wielkie wydawnictwa, które żerują na pracach badawczych naukowców z dziedzin nauk ścisłych. Naukowiec musi publikować swoje prace, żeby mieć jakiś dorobek naukowy, a wydawnictwa to wykorzystują, proponując mu karygodne stawki. Jest to przyczyną protestów, do których za jakiś czas dojdzie też pewnie w Polsce - powiedział.



Jednolity patent i specjalistyczne sądownictwo



Jednocześnie prof. Kliniewicz poruszył wątek jednolitej ochrony patentowej, która ma być wprowadzona w Polsce i która może mieć bardzo poważne konsekwencje dla biznesu. - Polskie firmy są bardzo mało innowacyjne. 23 proc. deklaruje, że wprowadza innowacyjne rozwiązania. Część z nich korzysta z niechronionych rozwiązań na terytorium Polski, choć chronionych w innych krajach. Jednolity patent ukróci tę praktykę, bo gdy wprowadzimy pełną ochronę na całym terenie Unii za pomocą jednego patentu, część polskich firm nie będzie mogła korzystać z rozwiązań, do tej pory dla nich dostępnych . Wówczas może dojść do wojen patentowych podobnych do tych, jakie olbrzymie koncerny toczą w USA - zauważył.



Krystyna Szczepanowska-Kozłowska powiedziała, że w jej opinii jednolity patent nie zagrozi polskiej gospodarce i rodzimym firmom. - Nie zgadzam się, że nastąpi zalew naszego rynku obcymi patentami. Takie decyzje nie są podejmowane pochopnie. Jednocześnie brak jednolitego patentu może oznaczać, że dojdzie do omijania Polski przez najnowocześniejsze technologie, a to spowoduje marginalizację naszego kraju. Jednolity patent trzeba wiązać z innowacyjnością naszej gospodarki. Nieprzystąpienie do patentu europejskiego nie jest różdżką, którą rozwiąże polskie bolączki, dotyczące innowacyjności naszej gospodarki.



Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju zaznaczył, że innowacje nie są jedynym warunkiem rozwoju. Podglądanie i wprowadzanie w życie przetworzonych pomysłów jest także jedną z dróg. Jako przykład podał szefa firmy bieliźniarskiej Victoria Secret, który w wywiadach podkreśla, że każdego roku bierze na miesiąc wolne i jeździ po świecie, podglądając co robią inni. Tak zainspirowany wraca do firmy, przetwarza zaobserwowane trendy, projektu i wprowadza do produkcji nową kolekcję. Trzeba sobie jasno powiedzieć, dopiero kiedy nie ma kogo podglądać, należy wymyślać coś od nowa. Najpierw należy wykorzystać proste rezerwy, czyli nisze których nie trzeba szturmować, a dopiero potem zabierać się za wielkie, innowacyjne projekty.



W trakcie debaty wskazywano także na konieczność stworzenia wyspecjalizowanego sądownictwa, rozstrzygającego sprawy z zakresu własności intelektualnej.



Alicja Adamczak, prezes Urzędu Patentowego RP powiedziała, że od 7 lat dąży do powołania wyspecjalizowanego sądu, który będzie rozstrzygał sprawy z zakresu własności intelektualnej. - Za każdym razem, kiedy byliśmy już blisko ustalenia rozwiązań systemowych zmieniały się rządy i projekt przepadał. Mam nadzieję, że teraz ten projekt uda się przeforsować. Optymizmem napawa fakt, że mamy poparcie Ministerstwa Gospodarki – powiedziała.



Prof. Jan Błeszyński z wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego dodał, że powołanie wyspecjalizowanych sądów w 3-4 miastach Polski, w których działają ośrodki akademickie wydaje się koniecznością. - Sprawy z zakresu własności intelektualnej są trudne i wymagają specjalistycznej wiedzy. Obecnie jest tendencja, aby sędzia zajmował się wszystkimi sprawami z każdej dziedziny gospodarki. Trzeba to jednak przełamać - zaznaczył.



Jak skonstatowała prezes Adamczak obecnie w Polsce jest jeden sędzia, pracujący w Sądzie Okręgowym w Warszawie, który specjalizuje się w tej tematyce. - To kuriozalna sytuacja. Nie może być tak, że cały system stoi na jednej osobie. Musi być więcej sędziów, zajmujących się tymi sprawami. W sądach mogą powstać wydziały zajmujące się tą tematyką. Na pewno taka potrzeba istnieje. Jest to jak najbardziej racjonalne i konieczne rozwiązanie - podsumowała prezes Adamczak.